Jest rok 1793. Brutalna rewolucyjna tyrania krwią spod gilotyny znaczy i buduje „nową Francję”. Zabito króla, zwolenników monarchii, tysiące księży i wiernych, ale czterech na pięciu straconych pochodziło ze stanu trzeciego, czyli „ludu francuskiego”, w imię którego podobno wybuchła i toczyła się rewolucja. Trzy wielkie hasła rewolucji: wolność, równość, braterstwo, brzmią jak ponury żart. Wiosną 1793 roku lud francuski z Wandei mówi „dość”. Wybucha powstanie, stworzona zostaje Armia Katolicka i Królewska. Głównym bohaterem filmu jest legendarny François de Charette, młody, choć już od czterech lat emerytowany oficer dawnej Królewskiej Marynarki Wojennej. Wandejscy chłopi niemal siłą wzywają go do objęcia dowództwa powstania. Niechętny początkowo oficer w najbliższych miesiącach okaże się nie tylko sprytnym strategiem wojskowym, lecz także stanie się charyzmatycznym przywódcą i budowniczym bohaterskiej, wolnościowej, oddanej idei i gotowej na wszystko armii powstańczej.
Ten obszerny opis to z jednej strony fabuła filmu a z drugiej historyczny zapis wydarzeń z lat 1793 - 1796. Film "Wandea. Zwycięstwo lub śmierć" może zatem służyć jako bezcenne uzupełnienie zajęć z zakresu rewolucji francuskiej. Jest to zatem trudna a jednocześnie fascynująca lekcja historii, na którą w czwartek 24 stycznia wybrały się do tyskiego Multikina klasy 1A, 1B, 1G, 2D oraz 3C. Niskobudżetowa produkcja nie zachwyca może rozmachem scen batalistycznych ale nadrabia ambitnym scenariuszem oraz ponadczasowym przekazem.
